Zabiorę Was na wirtualną wycieczkę do stacji której już nie ma, gdy istniała, zdjęć się nie robiło, co najwyżej tabor, no bo przecież zawsze będzie, a tu bum i nie ma, jest trochę przekory w tym co napisałem, ponieważ ta stacja istnieje, ale nie dla mnie, dlatego tak będziemy to nazywać.
Nie będę się silił na super chronologię, nie będę tworzył peanów i dzieł wiekopomnych, raczej chodzi mi o klimat, nie wiem czy zdołam go oddać, za mało zdjęć, pamięć szwankuje czas upływa.
Jechałem zawsze tramwajem, wtedy jeszcze nie odkryłem w sobie "miłości do podróżowania pieszo" wysiadałem na wiadukcie na ulicy Kopcińskiego, nad ulica Tuwima, kilka kroków, trochę krzaków i już na właściwej drodze.
Się szło a tyle wokół, patrzyłem i nie widziałem, a to początek i ten rozkoszny w ciszy chrzęst żwiru pod stopami.
Mijało się pociągi, bo ich mnóstwo było, zawsze będą.
Zmian pierwsze symptomy, lekceważone.
Dla tych którzy do dziś wierzą że to schron i można z wnętrza prowadzić ogień.
Po lewej stronie EC1 w dawnej postaci, normalnej.
I tak się szło, wieczorem, w południe, pociągi w jedną w drugą, normalne kolejowe życie, budynki, niezmiernie ważne z pewnością.
Osobowe, pośpieszne.
Nad stacją góruje wysoka kultura.
Nad budynkiem stacji, hotel.
Na chwilę zamykamy oczy i próbujemy sobie wyobrazić ile emocji, zdrad, interesów, seksu, litrów wypitej wódki, nieszczęść, radości, ile wszystkich części naszego życia, gościło w pokojach tego molochu, no wprawdzie nie stolica to, no ale dla tak prowincjonalnego miasteczka i to był prestiż, jednym podpisem, wniwecz się obraca, nowemu miejsce czyniąc.
Ja tak widzę wojnę światów.
Ruch, oczekiwanie, nuda, kiedykolwiek się nie było na stacji, zawsze można było liczyć na widok pięknych dziewczyn, najczęściej przyjezdnych.
Podjazd od ulicy Kilińskiego, parkingi i niezliczone budki z jedzeniem, czasem z substytutem jezenia, brud, gołębie, bezpańskie i pańskie psy, schody, neon, wspomnienia.