• Ten serwis używa "ciasteczek" (cookies). Korzystając z niego, wyrażasz zgodę na użycie plików cookies. Learn more.
  • Szanowny Użytkowniku, serwisy w domenie modelarstwo.info wykorzystują pliki cookie by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki.

Wakacyjny wyjazd na LHS z namiotami

Wyrwiząb

Aktywny użytkownik
KKMK
#1
Cześć

Nie wiem ile osób zajmujących się modelarstwem, jest w stanie poświęcić kilka wakacyjnych dni na błąkanie się po torach z namiotem i aparatem, ale może po przeczytaniu tego postu ktoś do nas dołączy. Domyślam się, że każdy tutaj zna stronę http://www.lhs.pl. Mój kolega Tomasz Ciemnoczułowski jest jej założycielem i chyba niekwestionowanym guru w zakresie zagadnień związanych z linią hutniczą szerokotorową. Od wielu lat organizuje coroczne kilkudniowe wyjazdy, połączone z noclegami w bliskiej odległości (DOSŁOWNIE) od szlaku, wspólnymi biesiadami przy grilu, pieknymi plenerami do robienia zdjęć. Może rzeczywiście nie każdy jest od razu gotowy na nocleg przy torach np. w puszczy, ale w imieniu Tomka i swoim zapraszam chociaż na parogodzinne spotkanie przy kiełbasce i przetaczających się składach.
Poniżej załączam moja relację z poprzedniego wyjazdu i kilka zdjęć. Zapraszam do lektury:

Cześć

Było doskonale. W środę po 17 wystartowałem z Krakowa, po 20 byłem w
Nowosielcu. Standardowa procedura czyli rozbicie namiotu, rozłożenie grila i
otwarcie piwa :) Równia mijankowa szeroka, bez problemu pomieścilismy tam
auta i siebie. Tylko wszechobecny piasek trochę psuł mi nastrój, było go
pełno w namiocie, butach, na mikrofonie i w jedzeniu. Gril pieknie grzał
"gieńciochę", becks'a ubywało w butelce, komary przestały gryźć a składy
zaczeły jeździć.
tak mnie to wszystko pochłoneło, że zapomniałem o rozłożonej kiełbasie na
stole i chlebie. Nie zwróciłem też szczególnej uwagi na kota pojawiającego
się co chwilę. Jednak gdy się zorientowałem, że kota wcale nie obchodzą
składy, na ratunek kiełbasie było już za późno. Z 4 kupionych, dwie tylko
zjadłem :)
W ta pierwszą noc w Nowosielcu prawie nie spałem. Nagrałem każdy skład, w
tym ten o 2:30 z maszynistą "dziko" trabiącym. Gagarin pieknie grał w nocy
na wysokich obrotach, do tego gwizd turbiny i ten sygnał baczność. Symfonia.
Troche pokropiło w nocy i nad ranem, gdy tylko przestało wystartowalismy do
Niska po karmę a potem na kolejny obóz w puszczy. Jedynym mankamentem tego
miejsca był stosunkowo blisko usytuowany przejazd. Około 800m, i nieststy
każde auto słychac w nagraniach. na szczeście nie jexdziły często. O 4 nad
ranem obudził mnie traktor i dxwiek rąbania i cięcia dzrzew, fajny klimacik.


Puszcza mnie niesamowicie oczarowała. Dookoła drzewa, piasek, krzaki akacji
i TOR... SZEROKI!!!!!!!!!!!!
Własciwie od południa, do nastepnego dnia nikt sie tam nie pojawił, nikt nie
zaglądał do namiotów. Tylko przyroda i wspaniałe ocho nadjeżdżających i
oddalajacych się składów. Rozbilismy namioty stosunkowo blisko od toru, może
6 metrów i każdy pociąg wywoływał trzesienie ziemi. Głos zbliżających się
gagarinów, ten basowy ryk wprawiajacy płuca w lekkie wibracje, to
narastające walenie podkutych kół, gwizd turbin okraszony sygnałem
baczność... Cudowne wrażenia słuchowe. Starałem się nagrywać odgłos każdego
składu, w nocy jednak przespałem chyba dwa.
Noc w namiocie była straszna, zimno i wilgotno. Obudziłem sie około 5, gdy
zaczynało świtać. Z lekka goraczką wyszedłem z namiotu i jak zobaczyłem co
się dzieje, to natychmiast wyzdrowiałem. Po torze snuła sie lekka mgiełka
widać było jeszcze księzyc, a na wschodzie słonko już się powoli podnosiło.
Natychmiast wyzdrowiałem, chwyciłe maparat i właściwie przez godzine nie
puszczałem spustu migawki. Sarny, oświetlone na pomarańczowo, lekko
zamaskowane mgłą, przechodzące przez tor o wschodzie słońca, to widok który
chyba na zawsze będę pamiętał. Do tego w oddali przypominajacy samolot
dźwiek zbliżającej się rudy... Około południa niestety pojechalismy z
puszczy. Znowu wylądowalismy w Nisku po paszę.


Kolejnym miejscem była równia mijankowa w Bojanowie. Ciemny zna niesamowite
miejsca! Przyjechalismy tam, krajobraz jak z marsa. Piach, kepki suchej
trawy, akacje i tor prosty jak promień lasera. Dośc silny wiatr w południe
opóźnił rozłożenie namiotów, więc pojechaliśmy nad rzekę Łęg wykapać się.
Kąpiel w stroju Adama, po prawie 50 godzinach bez kontaktu z wodą, po kolana
w lodowatej wodzie też moze być przyjemna. Chyba tylko tego momentu nie
uwieczniliśmy na zdjęciach :) Swieży i pachnący mułem z rzeki pojechalismy
na równię mijankową. Wiatr trochę ustał, ruch pociagów również. Od chyba 13
do 21, 2 pociągi. Znowu gril, zupki chińskie, pstrykanie zdjęć, tiger żeby w
nocy nie zasnąć, gawędy i pociągach i ogólny relaksik. Wieczorem zrobiłem
sobie z ciemnym spacerek prawie 6 km po torach, jak wróciliśmy było już
ciemno. W tą noc było jeszcze zimniej! Spałem w dresie, przykryty kocem, a
na kocu polar i bluza, wszysto od ziemi odizolowane dmuchanym materacem.
Uwieżcie mi, zmobilizowanie sie do wstania o godzinie 2 nad ranem za
potrzebą, przy kilku stopniach ciepła to nadludzki wysiłek. Gdybym miał
sprzęt to bym się zacewnikował, żeby tylko leżeć pod w miare ciepłym kocem.
Składy tłukły sie co chwilę, przespałem chyba tylko jeden. Noc to dosłownie
eldorado w Bojanowie. Dźwięki nadjeżdżających pociagów, na równinie,
odbijane od lasu i zniekształcane przez mgłę i lekkie podmuchy wiatru...
NIESAMOWITE. Pobudka znowu o świcie. Otwarłem namiot i znowu przypływ
adrenaliny. Widok jeszcze lepszy jak w puszczy, gęste mgły na polach, za
lasem lekko różowo-czerwone niebo, a na horyzoncie niedokończony wiadukt
straszący jakby powojenne gruzowisko skąpane we mgle. Dygocząc z zimna
ustawiłem mikrofon, stawy, aparat i zaczałem grzać w czajniczku z gwizdkiem
wodę na kawusie. Nagle, gdy słońce było juz blisko zeby sie pojawić, niebo
czerwone jak krew tętnicza, zaskrzeczało moje mokre od rosy radio. Nie
usłyszałem co powiedzieli, ale głos w radi na częstotliwości LHS oznacza
tylko jedno. BĘDĄ SIE MIJAĆ!!! No i tak się stało, po 10 minutach, gdy niebo
było pomarańczowe, od strony huty z mgły wyłoniła się paszcza gagara z
trzema świecacymi ślepiami. No i nagle burza myśli, gdzie się ustawić,
"słońce poczekaj trochę", tu przeszkadza krzak, tu statyw z kamienia się
obsunął i zmienił kadr, tam przeszkadza krzak, tu namiot sie pijawi, cholera
dlaczego te ręce tak się trzesą... W końcu się udało. 3 klatki na sekunde
uchwyciły pieknie zwrot weglarek, a w tle pomarańczowe niebo i zamglone
łaki.
Było cudnie!!!!!!! Potem sniadanko, czyli kiełbacha z grila, zupki chinskie
i kawusia. Po 10 bylismy już spakowani i nadszedł czas pożegnania.


Tomek, dziekuję że zorganizowałeś ten wyjazd. Zaklepuję skrawek piachu na
równi mijankowej pod mój namiot przy nastepnej okazji!!!!


ps. Słucham własnie na swoich wharfedale'ach tych pociagów i na nowo to
wszystko przeżywam. Jutro zajmę się zmniejszaniem zdjęć i wycinaniem z
nagrań przeszkadzajek w postaci oddechu, kroków lub spadających przedmiotów


Pozdrawiam
Wojtek z Krakowa
 

Załączniki

OP
OP
Wyrwiząb

Wyrwiząb

Aktywny użytkownik
KKMK
#3
grzesiek90 napisał(a):
No to jedna osoba już jest chętna :D Ja bardzo chętnie się wybiorę.
Super, dokładny termin jeszcze nie jest ustalony, zwykle jest to pierwsza połowa lipca. Najlepiej będzie jak skontaktujesz się z Tomkiem www.lhs.pl i napiszesz, że wyczytałeś tutaj na forum modelarskim o takiej imprezce. Ewentualnie w czerwcu odgrzeję ten temat. Z pewnością Ci się spodoba, zapraszamy.
 
OP
OP
Wyrwiząb

Wyrwiząb

Aktywny użytkownik
KKMK
#7
ciekma napisał(a):
Świetna muzyka podłożona jak tło do starcia garstki walecznych MK z wielkim Gagarinem :)
A co to takie w 3'09" ?
W 3:09 to kamera na linkach w celu robienia ujęć "z lotu ptaka"... Ten pomysł chyba nie wypalił, ale Tomek przygotował coś znacznie bardziej zaawansowanego. Nie zdradzę jego pomysłu, ale na pewno jako pierwszy MK w Polsce, zaprezentuje zupełnie inne spojrzenie na "nagrywanie filmików". Jak się uda, to będzie hit na youtube.

Co do muzyki, to świetnie wybrał. Chociaż ja bym poszukał czegoś z repertuaru Vangelis'a
 

track-and-train

Aktywny użytkownik
#8
Mam znajomego który nie jest MK tylko zawodowym kamerzystą. Jednym z jego zajęć jest kręcenie ujęć ze zdalnie sterowanego helikoptera. W ramach treningu przyjechał w zeszłym roku do nas do Piaseczna i nakręcił krótki filmik w HDV. Sprawa nie była ustalana z załogą parowozu i ogólnie nieprzygotowana więc ujęć jest dosłownie kilka sekund.
Wyniki są zadowalające i mamy plany aby w tym roku zrobić to na serio: obsługa helikoptera i kamery na drezynie, z tyłu parowóz (na tyle żeby w razie czego wyhamował :) ) a nad wszystkim lata helikopter i filmuje :LOL:
próbka tego co zostało nakręcone jest tu:
http://www.modelarnia-piaseczno.pl/img/px48_3917.wmv
 
OP
OP
Wyrwiząb

Wyrwiząb

Aktywny użytkownik
KKMK
#9
W tym roku było tak:

Witam

Gdy pierwszy raz wybrałem się na spotkanie kolegów podczas corocznego LHS
CAMP, nie myślałem, że tak mi się to spodoba. Wtedy po jednej nocy spędzonej
w pożyczonym namiocie, niewyspany, śmierdący jak bezdomny, wróciłem na
następny dzień do ładnej i pachnącej świeżością żony :)
Dopiero kolejne wyjazdy kilkudniowe i lepsze do nich przygotowanie, pokazały
mi jaka to przyjemność. Poniżej moja kolejna relacja z kolejnego wyjazdu na
LHS.

Z Ciemnym umówiony byłem w czwartek w Olkuszu, po załatwieniu wszystkiego
wsiadłem w auto i pojechałem na miejsce spotkania. Dotarłem jednak wcześniej
i mając ponad godzinkę luzu, w oczekiwaniu na niego udałem się w okolice
przejazdu kolejowego tuż za miejscowością Rabsztyn. Ulica przecina tor
szeroki i normalnotorowy. Zostawiłem auto przy przejeździe, założyłem
kamizelkę i ścieżką leśną wzdłuż toru wybrałem się na spacer. Pogoda
wspaniała, pociągów sporo jeździło jednak same normalnotorowe i w większości
jednostki. Będąc około kilometr od drużnika, znalazłem piękne wzniesienie,
piaszczyste, pietrzące się na około 10m w górę. Tam zaczaiłem się z aparatem
i w oczekiwaniu na Tomka pstrykałem zdjęcia. Głównie przyrody, chociaż
pociągi też, w tym jednostka której maszynistę zwyczajowo pozdrowiłem
podniesieniem reki po zrobieniu zdjęcia. Gdy mijał mnie, rutynowo
popatrzyłem na skład i w jednym z okien zobaczyłem chłopaka dziko
machającego do mnie. Zapewne było to jakis sympatyk kolei :)
Gdy nadszedł czas spotkalismy się z Ciemnym na przejeździe przy którym
zostawiłem auto, Tomek poszedł jeszcze na szlak oznaczać słupki z gps, a ja
zaczałem zjadać prowiant przewidziany na 4 dni...
Po jego powrocie ze szlaku pojechalismy, do Olkusza zobaczyć miejsce pod
planowany nocleg. Niby blisko miasta (skręca się w las obok bloków z
niebieskimi dachami), ale jednak pustkowie niezłe. Na nasypie tor normalny,
poniżej szeroki i kawał piachu, a wszystko ukryte w lesie iglastym. Miejsce
genialne, prawie nikt sie nie kręcił, cisza i spokój. Tomek poszedł oznaczać
słupki, a ja zabrałem się za odgrzewanie zupki profi wlanej do ranka i
podgrzewanej na butli turystycznej. Zupa przy torach smakuje wyśmienicie,
nawet jak wpadnie to niej mucha. Niestety od 8 rano było zamknięcie na LHS i
nic w tym czasie nie pojechało po szerokim, na normalnym ruch był duży.
Miejsce też dobre do słuchania składów, pieknie elektrowozy grały wspinając
się pod lekkie wzniesienie. Taki duet w wykonaniu ET41 z weglarą to rozkosz
dla ucha, na uznanie zasłużyła też ET21 pięknie wyjąca solo przekładniami
silników trakcyjnych w akompaniamencie buczenia wentylatorów. Temperatura
wtedy miałą być w cieniu około 29c, ale według mnie było 40c, a odczuwalna
60... Na szczęście Tomek skontaktował się z Krzychem (dzięki wodzu) i po
planowanym obiedzie w Barze Dworcowym w Bukownie, moglismy sie u niego
wykąpać. Bar Dworcowy zasługuje tutaj na kilka linijek tekstu, czas
zatrzymał się tam w miejscu i wszystko tkwi w głębokim socjaliźmie, chociaż
lekkim powiewem kapitalizmu sa batoniki mars i cocacola. Gdy tam trafilismy,
akurat było dwóch stałych bywalców, z czego jeden były górnik na emeryturze.
Na pytanie skąd jesteśmy odpowiedzieliśmy grzecznie i dowiedzielismy sie, że
pan nauczy nas gwary śląskiej... Nauka polegała na zadawaniu pytań w stylu "
A JAK JEST KAMIEN!!!?", oczywiście na nic nie odpowiedzielismy poprawnie i
po pewnym czasie dał na spokój. W zamyśleniu pilismy oranżadę kupioną "na
miejscu", gdy nagle tuż za moim uchem rozległ się przeraźliwy krzyk... "A
JAK JEST PO SLĄSKU UBRANIE???????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!".
Zaufajcie mi, tak się wystraszyłem, że do końca życie będe wiedział że
ubranie po ślunsku to "anzug" :)
Nasyceni oranżadą i zapiekanką, z nową sprawnością harcerską jaką jest gwara
ślunska, pojechalismy do Krzycha umyć się i przy okazji zobaczyć jego
kolekcję samochodów. Nie są to ferrari i inne wynalazki, ale na specjalne
uznanie zasługuje syrenka w dosłownie dziewiczym stanie.
Czyści pojechaliśmy na wcześniej oglądane miejsce pod nocleg, w międzyczasie
Krzych miał coś do załatwienia i miał dojechać z pizza. CHyba tylko on mógł
zrealizować zamówienie na dostarczenie pizzy na linię lhs w kilometr 3.. .
Nie mogąc się doczekać zabrałem się za kiełbaski i zupki chińskie i w tym
czasie zaczęły sie pokazy na LHS. Na początku wystapiłą ruda z batmanami
jakoś około 19, pozdrawiając nas swoimi wykastrowanymi trąbkami. Maszynista
machał obiema rękami ;) Przed 22 coś pieknie zadudniło i z zakrętu wyłonił
się skład z gagarinami. Obóz mielismy w miejscu gdzie akurat skład wychodził
z czasowej 40kmh i potezne diesele wchodziły przy nas na obroty, do tego
jeszcze wspaniały głuuugi sygnał baczność w przepięknym głebokim,
rozchodzącym się echem po lesie brzmieniem. Namioty już w tym czasie
mielismy rozłożone i nie pozostało nic jak tylko wejść, odgrodzić się od
owadów i powłaczać mikrofony. Noc była straszna, bardzo zmarzłem, z zimna
nie mogłem prawie spać, około 1 poszedłem do auta po dres i polar. Tak
ubrany, przykryty kocem, dygocąc z zimna nasłuchiwałem zbliżających się
składów. A jeździły w nocy często, zarówno na normalnym brutta pieknie
wyjące i po LHS dudniące głębokim basem w podwójnej trakcji gagary.
Rano, gdy tylko zaczęło się robić jasno, jak zwykle zabrałem się za
czytanie. Potem zupki chińskie, kawusia, obowiązkowa porcja lekarstw które
będę zażywał już zawsze po operacji, tigerek, szybkie mycie w lodowatej
wodzie i dalej w drogę.

Piątek też upalny, ani jednej chmury, słońce na wyciągnięcie ręki...
koszmar. W poszukiwaniu oznak życia na LHS wybraliśmy się na jekieś duże
piaszczyste urobisko kopalniane. Nie wiem gdzie to dokładnie było, ale
składało się z dwóch poziomów. Pierwszy średnicy około 400m wznoszący sie na
około 30m, wypełniony był błotem i wodą. Przypominał kalderę wulkaniczną,
drugi wyższy od pierwszego około 10m płaski całkowicie. Czułem się jak na
pustyni, na innej planecie. Będąc na górze, bardzo blisko słońca (temp
odczuwalna po wspięciu sie tam to około 75 c) usłyszelismy charakterystyczny
dźwiek sygnału bacznośc. Ciemny wypatrzył daleko od nas między drzewami
skład prowadzony jednym gagarem od huty. Wyglądało to jak na makiecie,
ładnie się to tłukło w tym lesie.
Około południa pojechalismy po moją żonę (tak, ona też chciała to przeżyć)
do Kozłowa i razem pojechaliśmy do Kępia.
Akurat było znowu zamknięcie i składy miały zacząć śmigać po 16, dołaczył
Tomek (ten z Olkusza, nie Łodzi :) ) wraz z żoną i dzieckiem. Razem wszyscy
miło spędzilismy popołudnie w wąwozie w okolicach mijanki Kępie, jedząc
kiełbachę z grila. Ciemy potem zaprezentował swój model śmigłowca RC. Jednak
nie kupił go po to, żeby tak po prostu sobie latać ;). Jak chyba wszystko,
kupił to z myslą o LHS. Do podwozia zamontował kamerę i przeprowadzał
wstepne testy systemu. Mocny wiatr, wysokie zboże i troska o życie i zdrowie
pozostałych uczestników camp'u i gości, zmusiły go do bardzo ostrożnego,
niskiego lotu. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak duży i silny jest
taki profesjonalny śmigłowiec. Ciemny porównał go do dużej kosiarki trawy,
mnie nasuwało się inne okreslenie, kosiarka głów i kończyn. Na szczęście
kosił tylko zboże, zatem jak znowu na discovery zobaczycie zagatkowe kręgi,
możecie być pewni że Tomek był tam przed kamerami :) Po kolacji i pożegnaniu
Tomka z rodziną zabralismy się za rozkłądanie obozowiska. Ten kto zna realia
wąwozu przy mijance, wie że jest tam mało miejsca i trzeba namiot zozbijać
między drzewami maksymalnie 8 m od toru.
Mojej żonie wszystko bardzo się podobało do pierwszego nocnego zwrotu
weglarek :) Najpierw powiedziałem, że coś się tłucze. Łoskot narastał
spokojnie, na początku przypominał samolot, potem stawał się coraz
głosniejszy przechodzący w lekkie basowe dudnienie. Do tego momentu było ok,
jednak około 200m przed obozem, gdy mozna było dosłownie policzyć już ile
maszyn jedzie z przodu, gdy lekkie basowe dudnienie tak miłe dla ucha
przerodziło sie w potężny ryk, gdy swiatła trzech reflektorów przedzierały
się przez drzewa i zaczynały oświetlać namiot coraz mocniej, na twarzy żony
pojawił się niepokój :) Skład przeleciał około 8m od namiotu z prędkością
około 50 kmh, piorunujace wrażenie. W nocy spory ruch, około 2 jakiś
maszynista "rudy" będąc około 10m przed obozowiskiem "pozdrowił" nas długim
trąbieniem.
Po nocy trochę cieplejszej, spędzonej z żoną ( to jej debiut na LHS CAMP)
zobaczyłem rano na jej twarzy promienny usmiech. Spodobało jej się, też lubi
obcować z przyrodą, lubi trochę kolej. Udała mi się baba :)

W sobotę znowu najadłem się rano lekarstw i zupek chińskich, żona ze
zdziwieniem zorientowała się, że potrafię sam umyć miskę po zupie i kubek po
kawusi. Oby tego nie wykorzystywała często ;) Słońce zawisło może 2m nad
głowami. temperatura w południe w cieniu dochodziła do 33c, szyn nie dało
się dotknąć. Ruch o 9 rano znowu został wstrzymany.
Ciemny w ten dzień wybrał się wczesniej do Łączyna, oznaczać słupki. Nie
wiem jak on to zrobił, ale w 4 godziny ze słońcem 2m nad głową, przeszedł
13km po rozgrzanym tłuczniu do miejscowości Motkowice. Tam sie umówilismy,
zebrałem bidulę z mostu na Nidzie i pojechalismy po jego auto do Łaczyna.
Tam wypatrzył spory kawał skoszonej trawy i polatał śmigłowcem bardzo wysoko
i długo. Po powrocie auta mi Motkowic, wykapalismy się w rzecze. Jednak
obecność kobiety powstrzymywała nas tym razem od paradowania nago. Po
kąpieli zaczął sie ruch na dobre. Będąc na moście na rzece Nidzie, stojąc na
części wydzielonej dla pieszych, uświadomiłem sobie jaka potęga przewala się
przez niego kilka razy na dobę. Most cały sie uginał pod lokomotywami, po
czym rozchwiewał wpadając w lekki rezonans pod wagonami. Bałem się trochę,
bo stałem około 2m od składu pędzącego może 60 kmh. To nic, że na kładce dla
pieszych. To jest potęga, dwa kolosy z przodu, wąż rozklekotanych kiwających
się na boki "ruskich" wagonów, hałas podkutych kół, trzęsący się most,
podmuch ciepłego wiatru pachnący ropą i rozgrzanymi podkładami. Na prawdę
czułem sie niekomfortowo i nie mogę zrozumieć tych idiotów (łowcy pr1 czy
jakoś tak), co potrafią stanąć tuż przy torze na cmk i wymuszać podanie
sygnału baczność na zestresowanym maszyniście. No ale to są tzw. "prawdziwi
MK". Późnym popołudniem udaliśmy się za namową Tomka na kolejne, ostanie już
miejsce noclegowe. Wybrał dobrze, niezrealizowana budowa mijanki zaowocowała
pozostawieniem "równi mijankowej", idealnie nadającej się pod kolejny obóz.
Miejsce ustronne, mocno zadrzewione dookoła. Wysiadłem z auta, popatrzyłem,
super i nagle cholernie zabolała mnie noga. Sekunde potem znowu i znowu w
wielu miejscach, cholera jakiego pecha trzeba mieć, żeby na całej równi
wybrać na zastanowienie się, miejsce w którym jest mrowisko. Mrówki oblazły
mnie momentalnie, gryzły wszedzie... Niestety cała równia to było wielkie
mrowisko. Mniejsze lub wieksze, co 50 cm. Namówiłem Tomka na zmianę miejsca,
wsiadłem w auto i z żoną pojechałem znowu do Motkowic, ale tym razem na
drugi most, nad starorzeczem. Dookoła pola, najbliższe domy może 1km, wysoki
na około 10m nasyp, most kolejowy z bocianami, rzeka z dużą ilością
roślinności wodnej, BOBRY (tak bobry), rechoczące żaby, cykające
świerszcze... bez zastanowienia zadzwoniłem po Ciemnego i przekonałem go do
tego miejsca. Na jego twarzy pojawił się skurcz mięśni mimicznych
oznaczający lekkie niezadowolenie, ale jakoś zniósł zmianę planu. Do około
21 wszystko było super, bociany które miały gniazdo dosłownie 25m od nas
klekotały co chwilę, żaby rechotały, tubylców nie było widać. Po 21
zaczęlismy rozbijać ostanie obozowisko, w tym malowniczym miejscu w pobliżu
dzikiej rzeczki z rzęsą wodną. Ciemny coś tam wcześniej mówił o jakiś
komarach, ale w porównaniu z biblijna plagą mrówek wydawało mi sie to
śmieszne. Jednak uśmiech szybko zniknał mi z twarzy, jak zeczeliśmy
rozkładać namioty łażąc po trawie. Komarów było tyle ile gwiazd na niebie.
Były wszędzie, pisząc ten tekst co chwile drapię się po łydkach, mam
dosłownie co centymetr bomble. Strasznie cierpię, dobrze mi tak.
Podczas walki z (wiatrakami) komarami, przemknoł jakiś skład. Nie wiem
jaki, byłem zły. Gdy juz zamknąłem się z żonką w namiocie, włączyłem światło
i zobaczyłem skalę zjawiska. Od komarów siatkowe wejście do namiotu było
dosłownie czarne, nie przesadzam. W nocy było ciepło i przyjemnie, dość duża
odległość od toru, zmęczenie, bliskość kochanej żonki, sprawiło to wszystko
że przespałem praktycznie wszystkie składy. Nawet o 6 nie chciało mi się
wstać, gdy po polach snuła sie jeszcze mgła.

Potem gdy było słonecznie, w niedzielny poranek wygrzebałem się z aparatem z
namiotu. Razem z Tomkiem bylismy zadowoleni, bo każdy skład był pięknie
oświetlony od wschodu i maszyniści za każdym razem bardzo długo trąbili, a
byliśmy dość daleko od nasypu w polach. Dopiero potem się zorientowalismy
dlaczego tak za każdym razem trąbią ochoczo... Moja żona opalała sie w
stroju kąpielowym :) Potem Ciemy polatał modelem, tym razem bardzo wysoko.
Tak, że przez chwilę myslałem iż stracił nad nim kontrolę. Wyleciał nawet
ponad most kolejowy, po czym znowu porobił kręgi w zbożu.
Rano już tylko śniadanko było i w drogę do domku, zaliczając przy okazji
wąskotorówkę pod wiaduktem z LHS.

Pozdrawiam
Wojtek z Krakowa

ps. nie poprawiałem błędów przepraszam, zmęczony juz jestem, dobranoc